Ciąża przenoszona. Jak pozwoliłam działać naturze.


Każda przyszła mama nie może doczekać się narodzin swojego maleństwa, z niecierpliwością odlicza każdy dzień do porodu. Jednak nie zawsze jest tak jakbyśmy tego chciały. Zaledwie 5% ciężarnych rodzi w wyznaczonym terminie. Tak nie było w moim przypadku.


Mój dzidziuś niezbyt spieszył się na ten świat, chyba było mu zbyt dobrze w swoim cieplutkim mieszkanku. Osiem dni po wyznaczonym mi terminie porodu zgłosiłam się do szpitala. Tak było lepiej dla mnie i dla mojego jeszcze nienarodzonego dzidziusia. Po zarejestrowaniu się zaprowadzili mnie na  KTG. Później czekałam na lekarza, który zrobi mi USG i tradycyjne badanie. Trwało to chyba z godzinę zanim się doczekałam, dobrze że razem ze mną był mój mąż. Zanudziłabym się. Po tak "miłym" przywitaniu zaprowadzili mnie na salę gdzie leżały cztery inne dziewczyny (ich dzidziusie także nie spieszyły się na przyjście na ten świat). Na początku atmosfera była spięta, bo z sali obok dobiegały jęki i wrzaski rodzących pań. Kobitki jedna po drugiej rodziły, a my mogłyśmy łaskawie czekać. Zazdrościłyśmy im, że mają to wszystko za sobą. W ciągu tamtego dnia lekarze odebrali 11 porodów. Wow. W nocy spałam średnio, bo maraton narodzin trwał w najlepsze.

Nad ranem zaczęło mnie pobolewać w dole brzucha, ból był raczej łagodny, do zniesienia. Podczas wizyty w kibelku odszedł mi ten długo oczekiwany czop śluzowy. Hurra. Dziewczyny zastanawiały się co tam robiłam, że wyszłam taka szczęśliwa. Później zabrali nas na tradycyjne badanie i niestety nie było już tych cudownych lekarzy i pielęgniarek co poprzedniego dnia. Oczywiście pochwaliłam się tą cudowną wiadomością, ale widząc minę Pani Doktor wszystkiego mi się odechciało. Zasugerowała założenie mi balonika, aby przyspieszyć rozwieranie się szyjki. Inne dziewczyny miały założony ten oto balonik, który tak lekarze kochają, przynajmniej w tym szpitalu w którym rodziłam. Co dziwne nie miały możliwości odmowy. Ja uparłam się i odmówiłam, bo chciałam aby natura sama zaczęła działać. Pani Doktor oburzyła się, ale nie mogła mnie zmusić. Poprosiłam o lewatywę, czytałam że po niej akcja porodowa może się ruszyć.
I po długiej randce z toaletą coś zaczęło się dziać. W podbrzuszu bolało mnie mocniej i zaczęło boleć mnie także w krzyżu. Robiłam sobie spacerki po korytarzu, bo to mi pomagało. Przeszłam chyba ze sto km, a inne dziewczyny poszły w ślad za mną. Po tym maratonie poszłam do położnej, aby mnie zbadała. Rozwarcie było, ale tylko na 1cm. Po jakimś czasie zaczęło boleć mnie jeszcze mocniej. Aby złagodzić ból, brałam co chwilę prysznic. Na chwilę pomagało. Po godzinie znów zjawiłam się na badaniu i ku mojemu zdziwieniu doczekałam się tych cholernych 10cm. Ucieszona wróciłam na salę po swoje rzeczy i pożegnałam się z koleżankami, życząc im oczywiście powodzenia.

O 21:45 przyszła na świat moja córeczka, od której nie mogłam oderwać wzroku, a ona ode mnie. Patrzyła na mnie tymi swoimi czarnymi oczami. Nigdy tego nie zapomnę. To była najwspanialsza chwila w moim życiu.
Copyright © 2014 Dżastina - szczęśliwa mama , Blogger